KSIĘGA GOŚCI FORUM KONTAKT

 

GŁÓWNA TEKSTY HISTORIA TRASY FOTKI

 

James dla Machiny
07.09.2008


Poniżej wywiad z Jamesem z najnowszego numeru Machiny.

JAMES ODPUSZCZA METALLICA JEDNAK NIE


Jedni mówią, że Metallica skończyła się na "Kill'em All", inni - że dopiero na "St. Anger". To pierwszy w historii przypadek, kiedy o zespole, który koncerty na stadionach wciąż wyprzedaje w kilkanaście dni, mówi się w czasie przeszłym. Ale choć na okładce "Death Magnetic", nowego albumu Metalliki, wyraźnie widać trumnę, nowy lepszy James Hetfield zapewnia, że pogłoski o ich śmierci są cokolwiek przedwczesne.


Miewasz jeszcze czasem tremę?
Pewnie. To chyba naturalne? Najważniejsze jest to, jak radzisz sobie z tą tremą. Nie może wywierać na ciebie negatywnego wpływu, trzeba umieć ją przekształcić w tę nerwową energię, która pcha do przodu, dopinguje do działania.

Co, oprócz tremy, odczuwasz przed wejściem na scenę? Czy po tylu latach wciąż sprawia Ci to przyjemność?
Teraz znów jest fajnie i tylko to się liczy. Ale owszem, były czasy, kiedy granie koncertów przestało mnie kręcić. To jak przejażdżka rollercoasterem - raz jesteś na górze, innym razem na dole. Kiedy grywaliśmy trzygodzinne koncerty dzień po dniu, bez przerwy, siadał mi głos. A kiedy mój głos ma zły dzień, ja też mam zły dzień.

Nigdy nie dawaliście po sobie poznać, że i Was dotykają te same problemy, z którymi borykają się inne zespoły. Gdybyście nie wydali "Some Kind of Monster", nie wiedzielibyśmy, że w Metallice źle się dzieje.
Ma to swoje dobre i złe strony. Jeśli jesteś mistrzem w ukrywaniu swoich problemów, to jesteś udupiony. Umiejętność otwierania się na ludzi, nawiązywania z nimi prawdziwego porozumienia jest wielkim darem. Tymczasem wychodzenie na scenę jest dla mnie jak zmiana ubrania. Ten człowiek, którego tam widzicie, to artysta. To showman - a tacy nie mają problemów. Kiedy stoję na scenie, wszystkie kłopoty znikają, świat staje się cudowny. Na scenie robię to, co kocham i mam przed sobą ludzi, którzy odpłacają mi taką samą monetą. Uwielbiają to, co robię, więc wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Ale gdy schodzisz ze sceny, wraca wszystko, co złe. Moje problemy widziałeś w filmie. Ciągle tylko dawałem i dawałem. Całymi dniami rozdawałem autografy, dawałem się ciągać ludziom w tę i w tamtą... Wydawać by się mogło, że każdy chciałby tak żyć. Być mną. Ale za taki tryb życia trzeba zapłacić, to przecież nie jest normalne. Pragnąłem więc zrobić coś wyłącznie dla siebie. Patrzcie, to JA piję, JA uganiam się za kobietami, to JA robie to, na co przyjdzie mi ochota! Z jednej skrajności wpadałem w drugą.

Jak sobie z tym radzisz?
Nie chcę już grać trzech koncertów dzień po dniu. Chcę o siebie zadbać. Będę się lepiej czuł. Będę mógł zając się swoimi sprawami, bez lęku, że znów wyjdzie ze mnie gwiazda rocka. Chodzi przede wszystkim o zachowanie równowagi.

Czy po to właśnie nakręciliście "Some Kind of Monster"? By powiadomić świat, że należy Ci się chwila oddechu?
Założenie filmu było zupełnie inne. Postanowiliśmy udokumentować nagrywanie płyty, to wszystko. Nie wiedziałem, że opatrzność akurat wtedy rzuci mnie na dno, że rodzina wyrzuci mnie z domu. Tego nie planowaliśmy. Chcieliśmy tylko sfilmować sesję nagraniową i może wykorzystać część materiałów do reklamy płyty. Ale dotarliśmy głębiej, ekstremalnie głęboko, przerażająco głęboko. To był po prostu wypadek przy pracy, który zaowocował czymś niesamowitym. Bylibyśmy prorokami, gdybyśmy przewidzieli, że coś takiego może się stać. Kiedy film już był gotowy, nie chciałem go upubliczniać. Jakaś część mnie podpowiadała mi jednak, że powinien trafić do ludzi. Myślałem o sobie, że jeśli świat się dowie, to może przyjdzie mi na pomoc. Jeśli mam problemy z piciem, a świat o tym wie, to każdy, kto zobaczy mnie z alkoholem, zacznie wrzeszczeć: "Hej, co ty wyprawiasz?! James, ogarnij się wreszcie!".


Wielu uważa, że zamiast fundować sobie publiczną psychoterapię powinniście wtedy rozwiązać zespół i po cichu uporać się ze wszystkimi problemami.
Boję się myśleć, jak blisko byliśmy podjęcia tej decyzji. Kiedy byłem poza zespołem, gdy odzyskiwałem zdrowie i życie, zrozumiałem na czym polega zasada odpuszczania wszystkiego. Zrozumiałem, że nie muszę za wszelką cenę kontrolować zespołu, rodziny, żony. Zrozumiałem, że przede wszystkim muszę się wziąć za siebie. Był czas, kiedy stosunki pomiędzy mną a Larsem były bardzo napięte. Dopiero dzisiaj, oglądając "Some Kind of Monster" widzimy, jakich głupków z siebie robiliśmy. Metallica to najlepsza rzecz w moim życiu. Wierzę, że pozostali myślą tak samo.

Rozumiem, że prace nad "Death Magnetic" przebiegały w lepszej atmosferze.
Atmosfera była naprawdę świetna, podchodziliśmy do siebie z wielkim szacunkiem.

Rick Rubin Wam w tym pomagał?
Rick nie jest typem niańki czy sędziego. Bob Rock był taki. Przychodził do studia każdego dnia. Upewniał się, czy nikt się nie spóźni, każdego dnia układał nam rozkład zajęć, rozdzielał bójki, kibicował gitarzystom, żeby bardziej się starali. Rick Rubin nie robił żadnej z tych rzeczy. Nie był, jak Bob, członkiem zespołu, ale facetem z zewnątrz. Szanowanym, z dobrym uchem. Pojawiał się w studiu raz na jakiś czas, słuchał tego, co nagraliśmy i mówił: "To mi się podoba, to już nie za bardzo, spróbujcie dać więcej tego, zróbcie to". Miał wizję. "Zróbcie listę utworów, którymi chcielibyście zadziwić świat. Wtedy się uda" - mówił i wychodził. A my zostawaliśmy w studiu, zdani sami na siebie.

Pierwsze, zapewne kontrolowane przez Was, przecieki donosiły, że "Death Magnetic" to wypadkowa "...And Justice for All" i Czarnej Płyty.
Ja raczej powiedziałbym, że nowa płyta to brakujące ogniwo pomiędzy "Master of Puppets" a "...And Justice for All". Z tym, że mniej tu efekciarstwa.

Główny ciężar promocji "Death Magnetic" przenieśliście do sieci. Już przeprosiliście się z Internetem?
Internet zawsze był dla nas czymś dobrym. Napster nie. Internet jest jak Piękna i Bestia. Jego piękno polega na tym, że masz cały czas łączność z fanami. Ciemna strona Internetu to fakt, że każdy szuka piosenek, które wyciekły ze studia. Ludzie, którym Internet zawdzięcza swoją wolność, to wielkie umysły. Ale nie pomyśleli o artystach. Wielki błąd.

Może po dokumencie czas na fabułę? Kto mógłby nakręcić film o Metallice i kogo obsadziłbyś w głównych rolach.
Myślę, że Jamesa Hetfielda powinien zagrać Lars. On zna mnie najlepiej. A ja oczywiście chciałbym zagrać Larsa. On zawsze chciał być frontmanem, a ja zawsze chciałem grać na bębnach. Reżyser? Lars na pewno chciałby się tym zająć. Ja też. No i kolejna kłótnia gotowa...

 

 

GŁÓWNA TEKSTY HISTORIA TRASY FOTKI