28.09.2008
To już trzeci odcinek z serii 'Wywiady dla Rolling Stone'. Przed państwem szczery jak zwykle, zagmatwany we własnych wypowiedziach Lars Ulrich.
Co wolisz, podróżowanie na koncerty Metalliki ze swoją rodziną, czy tak jak dawniej, sama kapela, wasza czwórka, autokar niczym pięść.
Pięść z czterema browarami w środku (śmiech), było wesoło. Ale jeśli chcesz koncertować nie tracąc najlepszych lat rodzinnego życia, musisz iść na ustępstwa. Znajdujesz bazę wypadową, Kopenhaga, Londyn, Paryż i dojeżdżasz stamtąd na europejskie koncerty. To może nie jest najefektywniejsza metoda grania tras, ale to trzyma nas w dobrych humorach. To czego nie chcemy, to narzucanie jakichś reguł, zmuszanie do konkretnego sposobu. To nie byłaby dobra zabawa.

Jaką cenę płacicie za
to? Jedność zespołu?
Dla mnie najważniejsze jest nasze samopoczucie.
Jeśli nie czujemy się dobrze, to co robimy nie ma
sensu. Jeśli wszyscy czterej jesteśmy zadowoleni,
cała reszta przyjcie sama. Wpadamy do Europy każdego
lata, nazywamy to letnimi wakacjami. Bierzemy ze
sobą rodziny, znajdujemy sobie lokum, gramy
koncerty. Gdzie moglibyśmy jechać, jeśli nie do
zachodnich stolic europejskich? Gramy festiwale ze
świetnymi kapelami, w bardzo fajnej atmosferze. To
jest pierdolony raj.
W moim życiu nie ma żadnych absolutów i pewników.
Nie myślę w kolorach czarnym i białym. Myślę w
szarościach. Kto wie do czego to dąży? Ale w tej
chwili to działa. Sprawdziło się dla naszych rodzin
i sprawdziło się dla zespołu. Nie sądzę aby w kapeli
była tak doskonała i zgrana atmosfera kiedykolwiek.
A miejsce w którym to wylewamy, to scena, na której
spędzamy po dwie godziny. Wierzę i ufam ludziom,
którzy są zadowoleni z koncertów. Jest w nas więcej
ognia, zadziorności, uderzenia. Po nadmiernym
nadymaniu się w latach 90, znowu jest w nas ogień.
Może nie powinniśmy nad tym za długo myśleć. Moim
zdaniem, jeśli ludzie są szczęśliwi, a ich rodziny
są zgrane, podczas tych dwóch godzin na scenie
wychodzi to na zewnątrz.
Co było twoją definicją
sukcesu w samych początkach? Do jakiej sławy
dążyłeś?
Nigdy nie było na ten temat dyskusji. Wiadomo, że są
dwie drogi. Albo zostajesz, albo chcesz zostać taką
kapelą jak Led Zeppelin, Kiss, żyjąc w tajemnicy,
żadnych zdjęć kapeli we wkładce albumu. Albo
zapewniasz fanom dostęp do ciebie. Gdy to wszystko
się działo, byliśmy zdecydowanie skłonni taki dostęp
fanom udostępnić. Umożliwić im bycie częścią
zespołu. Czy to źle, czy to dobrze, karmi nas ten
kontakt z fanami i ich energia.
W 1988 widziałem te
długie sesje podpisywania autografów za kulisami.
Tu nie ma wy i my. Tylko my - jako wspólnota. Film
był ostateczną formą dostępu dla fanów, czy to
wyszło źle, czy to wyszło dobrze, że się powtórzę.
Niektórzy ludzie mówią: 'ja tego nawet nie chcę
wiedzieć'. Ale jeśli już wybrałeś taką drogę, jedź
nią. Film bez cenzury. To ty wybierasz czy chcesz
mieć taki dostęp do zespołu czy nie.
Co było dla ciebie
największą finansową zmorą w początkach zespołu?
Powiem ci dokładnie co to było. Kill’em All wyszło
dokładnie w sierpniu 83. Zagraliśmy trasę. I wtedy
na trasie, żyliśmy z dnia na dzień. Kasy było
wystarczająco dużo, aby przeżyć. Gdy wróciliśmy z
trasy Kill’em All nie mieliśmy nic. Pierwszy raz w
roku, musiałem zadzwonić do mamy i powiedzieć:
'słuchaj mamo, potrzebuję pomocy, mogłabyś mi trochę
pożyczyć? Odpalisz mi coś na jedzenie?'.
Tak do czasu gdy udało nam się załatwić parę dat,
zagrać znowu trasę. Bo na trasie mieliśmy gdzie
mieszkać. Mogliśmy jeść byle gówno za kulisami. Gdy
jesteś na trasie, przeżyjesz. Gdy wracasz do domu..
kurwa... wygrzebujesz resztki tuńczyka z puszek.
Ludzie o tym zapominają. Zapominają, że na drodze do
własnych samolotów i szampana są ciężkie początki i
start z niskiego pułapu. To było porąbane w tej
sprawie z Napsterem. Dziewięć na dziesięć osób
mówiło: 'o co chodzi w sprawie? Chodzi o kasę'.
Spierdalaj. Nie chodziło o kasę. Chodziło o
kontrolę. W 83 wcinaliśmy sałatki z Burger Kinga za
3 dolce. Kasa się nie liczyła. Kasa była po prostu
potrzebna. W sprawie nie było z tym żadnych
koneksji. W roku 2008 pieniądze nie są tematem, o
którym możemy dłużej siedzieć i gadać. Nie ma
dyskusji w stylu 'ile jest w banku? Ile
zarobiliśmy?'. Nie jestem emocjonalnie związany z
pieniędzmi. W jakiś sposób stałem się jednak przez
Napstera pazernym, duńskim bębniarzem.
Oddawać za darmo? Nie ma problemu. Internet? Nie ma
problemu. Kto podejmuje decyzję? MY podejmujemy
decyzje. Oddam moje gówna za darmo, ale to ja
zadecyduję gdzie i kiedy to zrobię.
Źródło: overkill.pl
