30.09.2008
Ostatnia część niezwykle świeżych wywiadów dla Rolling Stone. Kirk Hammett opowiada o początkach, byciu gwiazdą rocka i jedności z zespołem.
Co pamiętasz z pierwszej waszej europejskiej trasy z 1984 roku?
Graliśmy wtedy z Venom - mistrzami black metalu (uśmiecha się)! Byliśmy strasznie nakręceni. Myślałem wtedy, że jestem światowy, bo miałem okazję mieszkać parę miesięcy w Nowym Jorku. Ale podróż do Europy dla mnie, Jamesa i Cliffa była niezłym szokiem kulturowym. Jedzenie, bariera językowa, fakt, że sklepy są zamykane o innych porach niż u nas. W niedzielę nie dostaniesz niczego.. Telewizja była inna. Nie mogłeś zrozumieć żadnych napisów naokoło. W końcu trochę się obyliśmy, ale na pewno było to inne niż się spodziewaliśmy.

Czy Lars jako Duńczyk
był mediatorem?
Był spoko, kupował nam bilety na pociąg na stacjach,
instruował nas komu je dać. Mówił jakie piwo warto
pić. Pokazywał gdzie jada się najlepsze hot dogi w
Kopenhadze. Przedstawił nam swoich kolegów z
Mercyful Fate. A ja na to: Mercyful Fate? Przecież
to mój ulubiony zespół wszechczasów!
Pół roku wcześniej, siedziałem sobie w moim
Volkswagenie, piłem wódkę, jechaliśmy przez Bay
Bridge na metalowy koncert do San Francisco,
słuchając Venom. A teraz gram z nimi trasę. Niezły
przeskok, z mega fana heavy metalu stałem się nagle
muzykiem heavy metalowym.
Kiedy po raz pierwszy
spotkałeś prawdziwa gwiazdę rocka?
W 1984 graliśmy z Ozzym, Dio, Garym Moorem, No Heavy
Petting i Virgin Steele. Pamiętam gdy siedzieliśmy
za kulisami i dostałem szaleju bo obok był Gary
Moore! Poszliśmy do jego pokoju, żeby posłuchać jak
rozgrzewa się na małym wzmacniaczu do ćwiczeń. Moja
szczęka opadła na ziemię. Pograł z pięć minut i
ruszył na scenę, zerkając na mnie. Podskoczyłem z
wrażenia.
Widziałem też Ozziego i jego gitarzystę Jake E. Lee,
a także Ronniego Jamesa Dio. Znałem wcześniej z Bay
Area technicznego Jake’a E. Lee więc zagadałem do
niego, a on do mnie: spokojnie stary, to normalni
ludzie jak ja i ty. Spojrzałem na niego i
pomyślałem, że to nieprawda. Byliśmy dość daleko na
liście występujących, ale mimo to byłem nerwowy
myśląc, że któryś z nich może mnie obserwować zza
kulis. Staraliśmy się strasznie i być może właśnie
przez te gwiazdy były to znakomite koncerty.
W którym momencie
zdałeś sobie sprawę, że sam jesteś gwiazdą rocka?
Prawdopodobnie podczas trasy Czarnego Albumu. Wtedy
zaczęło się to szaleństwo. Zaczęliśmy istnieć w tym
światku. Ozzy już wpadał do nas się przywitać. Albo
nagle ktoś powiedział, że Tony Iommi jest na miejscu
i chce się spotkać. Jeśli nasi idole, ludzie którzy
nas inspirowali wpadają z nami pogadać, to oznacza
przekroczenie pewnej granicy. To było mocne uczucie,
gdy zaczęliśmy być szanowani.
Czy zdałeś sobie wtedy
sprawę z tego, że twoi kumple mieli rację - gwiazdy
rocka to też normalni ludzie?
Przyszedł taki czas, gdy zaczęliśmy się z nimi
wszystkimi czuć komfortowo. Zdaliśmy sobie sprawę,
że faktycznie są to ludzie o dokładnie takich samych
mechanizmach jak każda ludzka istota na świecie. To,
że zagrałeś fantastyczną solówkę gitarową w 1978 nie
czyni się nieludzkim. Mam nadzieję, że tak czują
również ludzie którzy mnie spotykają. Zawsze czuję
dyskomfort, gdy ludzie zaczynają się przede mną
kłaniać. Padają przede mną, a ja chcę im po prostu
podać rękę. Stary po prostu podaj mi rękę! (śmiech).
Jak wielką czujesz
potrzebę bycia w Metallice? Taką nieodpartą potrzebę
grania, a nie robienia czegoś innego. Podczas
tworzenia St.Anger, gdy jasne było, że ten silnik
może zgasnąć, czy byłeś w stanie zmierzyć się z
faktem, że nic nie trwa wiecznie?
Szczerze mówiąc, byłem gotowy aby zacząć pracę nad
albumem solowym. Było sporo muzyki nad którą
pracowałem. Chciałem poprosić Larsa o nagranie
perkusji dla mnie. Ale meritum twojego pytania...
Potrzeba bycia w tym
zespole.
Jest bardzo istotna. W zespole jestem dłużej niż
mnie w nim nie było. Miałem 20 lat gdy dołączyłem do
niego, w zespole jestem już 25 lat.
I tylko jeden zespół
przedtem
Założyliśmy Exodus w liceum. Zaczynaliśmy od grania
coverów Thin Lizzy, UFO, Hendrixa i paru własnych
numerów. Ale potrzeba grania w Metallice jest
wielka. Jeśli to się jutro skończy, to będę
niebywale dumny z naszych osiągnięć. Zawsze będziemy
Metalliką, nawet jeśli zespół się rozpadnie. Zawsze
będziemy łączeni z tym co reprezentuje sobą
Metallica, muzycznie i artystycznie. Będziemy w
Metallice aż do śmierci.
To oznacza również, że
nigdy nie oddzielicie swojego życia od zespołu.
Cytując Keitha Richardsa, jedynym sposobem na
oddzielenie się od tego zespołu jest drewniana
skrzynia. Jestem tak bardzo lojalną osobą. Szczerość
i lojalność są bardzo ważne w moim życiu. Jestem
lojalny dla moich przyjaciół i rodziny, oraz dla
mojego zespołu. Czuję, że to jest właśnie
odpowiednia rzecz, którą powinienem i chcę robić.
Zawsze będę z tymi gośćmi, dopóki wszyscy będziemy w
ten sposób odczuwać.
Źródło: overkill.pl
