|
James dla The Columbus
Dispatch, cz. 1 07.11.2008 James udzielił, tuż przed koncertem w Albuquerque, 30 minutowego wywiadu dla The Columbus Dispatch, oto część pierwsza: The
Columbus Dispatch: Skąd powrót do wszechmocnych riffów na nowym
albumie? James: To akurat była świadoma decyzja, ale było też pełno rzeczy wypływających z podświadomości. Jak tylko weszliśmy w nasz dawny tok myślenia wszystko zaczęło żyć. Wszystko jakby na nowo się odrodziło, jak kapela, która dopiero zaczyna. W czasie nagrywania z zespołem był już Robert Trujillo, znów album nagrywała cała czwórka razem. Siedzieliśmy w HQ i dobrze się ze sobą bawiliśmy – bardzo podobnie jak za dawnych czasów. Po filmie Monster i płycie St. Anger zrozumieliśmy siebie, zrozumieliśmy jak wdzięczni jesteśmy za bycie w tej kapeli, w tym biznesie. To ponowne narodzenie człowieku i naprawdę takim jest. The Columbus Dispatch: Widziałem kilka migawek z letnich festiwali, na których cały czas się uśmiechacie – jak na zdjęciach z początków kariery. James: Tak, tak – to takie nie-metalowe (śmiech). The Columbus Dispatch: Te nowe kawałki brzmią tak, że nie sposób dobrze się bawić grając je. Ale liryki są, ech, dość mroczne tym razem. James: Tak, wiesz, jest wielu fotelowych menedżerów [armchair managers], którym się wydaje, że wiedzą co jest najlepsze dla Metalliki. Nadinterpretują wszystko: ’Dlaczego oni to zrobili? Skoro on teraz jest trzeźwy, skoro jest szczęśliwy to powinien pisać o przyjemnych rzeczach, wszystko to co tu jest powinno być już za nim’. Owszem, mamy obecnie najbardziej szczęśliwy okres w całej naszej karierze, wydaliśmy Death Magnetic. Dlaczego teksty są takie jakie są nie wiem, nikt nie wie. Po prostu czuję, że pasują. The Columbus Dispatch: Teraz, gdy już trochę te teksty pośpiewałeś w czasie lata, miałeś też więcej czasu, żeby się nad nimi zastanowić, czy możesz rozpracować to, o czym one mówią? James: Przez dwa lata, próbując napisać teksty tak szybko jak to tylko możliwe, aby tylko móc naprawdę poczuć dany kawałek, przeszedłem przez wiele różnych faz. Wiele z nich to inspiracja Johnnym Cashem. Gdy tylko zaczęliśmy współpracować z Rickiem Rubinem zacząłem więcej słuchać właśnie Johnnego Casha. Był z nim jeden wywiad, w którym tuż przed śmiercią opowiadał właśnie o śmierci i o tym co znaczy dla niego życie – to nasunęło mi skojarzenia z tym, co my przeszliśmy w czasie filmu Monster. To było doświadczenie bliskości śmierci dla Metalliki. Magnetyczna część odpowiada temu, co popycha i ciągnie część ludzi w objęcia śmierci. Dlaczego śmierć zabrała Cliffa a nie mnie? Dlaczego właśnie Layne Staley odszedł, mimo że widzisz, że są inni, którym powinno się to przytrafić ze 100 razy a nie przytrafia się? The Columbus Dispatch: Gdy przygotowujecie setlistę na koncerty, to czy jest na niej jakiś kawałek, którego nie chcecie grać? Albo czy są kawałki, których już nigdy więcej nie zagracie? James: Nie, jeśli coś chodzi nam po głowie to to gramy. Mamy tak dużo kawałków, z których możemy wybierać, że to coś wspaniałego. Próba wciągnięcia w dwugodzinny set wszystkich utworów, jakie chcielibyśmy zagrać, byłaby bardzo ciężka. Tworzenie setlisty to prawie jak komponowanie album:, robisz ją tak, aby miała ten właściwy przepływ [flow]. The Columbus Dispatch: Robisz to co robisz od wieku nastoletniego. Co fizycznie i mentalnie daje ci granie kawałków Metalliki? James: Gdy nie mogę wziąć gitary do ręki wpadam w depresję. Gdy siedzę w domu i zaczynam świrować żona kwituje to prostymi słowami: ”To dlatego, że nie grałeś na gitarze przez kilka tygodni.” Wtedy po prostu siadam i zaczynam grać. To moja broń, to mój smoczek [pacifier], wystarczy, że zagram jeden riff i dobre myślenie o sobie samym powraca: ”O tak, wciąż coś znaczę.” Ale po tym jak używałem wielu pieców, wielu gitar mogę stwierdzić, że nabywając dobrą starą gitarę, nawet za szalone pieniądze, masz od razu to coś co sprawia, że ona żyje. Wciąż brzmią w niej riffy, a i ona pewnie jest wdzięczna za to, że ktoś ciągle na niej gra. Myślę, że to dusze tych gitar przemawiają. The Columbus Dispatch: Kilka razy byłeś zmuszony do samego tylko śpiewu, szczególnie po wypadku w Montrealu na początku lat 90-tych. Jakie to uczucie stać na scenie bez gitary? James: Do dupy. Stoisz i śpiewasz, a że wiele kawałków ma długie instrumentalne części to zadajesz sobie pytanie: ”Co do licha ja tu robię? Idź za scenę, zrób jakieś pranie”. Możesz być tylko cheerleaderem i wygląda to komicznie. Nie lubię tego, ale z drugiej strony to pewnego rodzaju zabezpieczenie sobie pracy – mogę grać lub śpiewać. The Columbus Dispatch: Na zdjęciach z początków lat 90-tych wyglądasz dość przerażająco, a czasami wręcz obłąkanie. Gdy stoisz przed fanami wydaje się, jakbyś zachęcał, aby któryś z nich wyrwał ci mikrofon z ręki. James: To tylko część naszej muzyki, nic osobistego. Jestem nakręcony, bo co by nie działo się w mojej głowie, to chyba każdy na koncertach czuje to samo. Może to po prostu ja w masce artysty scenicznego. Źródło: overkill.pl |
