|
Robert dla Radia NOLA 30.11.2008 22 listopada tego roku Robert Trujillo udzielił dość obszerny wywiad dla radiostacji NOLA. Poniżej zapis wywiadu. Wywiadu w formie audio możecie posłuchać na stronach Radia NOLA. Robert
Trujillo, rodowity mieszkaniec Los Angeles, zasmakował sukcesu
jako basista pionierów punk- funku Suicidal Tendencies i zespołu
Ozzy’ego Osbourne’a. Ale w 2003 roku, po zwycięskim
przesłuchaniu, zastąpił Jasona Newsteda w Metallice, co zostało
zarejestrowane w ukazującym wszystkie wady i niekorzystne strony
dokumencie „Some Kind of Monster”, i [Robert] natychmiast został
wyniesiony na stratosferę rocka. Trujillo i producent Rick Rubin
odegrali istotne role w powstawaniu „Death Magnetic”,
najbardziej energicznym albumie Metalliki od „Black Albumu” z
1991 roku. Trujillo zadzwonił ostatnio z Portland, postoju
Metalliki na trasie koncertowej.
The Times- Picayune: Jedną z moich ulubionych scen w Some Kind of Monster jest moment, w którym proponują Ci pracę w Metallice i perkusista Lars Ulrich od niechcenia wspomina o bonusie w wysokości jednego miliona dolarów. Wyglądasz jak facet, który stara się a) upewnić się, że dobrze usłyszał i b) zachować spokój. Czy to się zgadza? Robert: Prawie. To było trochę surrealistyczne, najprościej mówiąc. Odnoszę się do tego, jak do bycia wciągniętym w tornado albo w cykl prania pralki, gdy twoja głowa wiruje i jest w strzępach. Dostałeś propozycję dołączenia do Metalliki a oni jeszcze dorzucili interesującą sumę pieniędzy. Ludzie zawsze mnie pytają: „Więc gdzie są te pieniądze?” Cóż, po podatkach, spłacie hipoteki i ubezpieczeniu… W tamtym czasie nie byłem żonaty i nie miałem dzieci. Teraz się ożeniłem i mam dzieciaki. Wiele się zdarzyło od tamtego momentu-miliona-dolarów. TP: Nie tylko dołączyłeś do zespołu. Dołączyłeś do jednego z pięciu największych zespołów na tej planecie. R: Zasadniczo Metallica jest jedną, wielką rodziną. Etyka pracy jest silna. To nie tylko pisanie piosenek - to jest wiadome. Jest mnóstwo dynamiki w każdej piosence, lirycznie i muzycznie. Załoga, management, ludzie pracujący w fan klubie – jest wiele dumy w całym tym procesie i całej maszynie, jaką jest Metallica. Każdy daje z siebie 120%. Ale koniec końców wszystko sprowadza się do chwili, gdy bierzemy nasze instrumenty. Zwłaszcza (perkusista) Lars, (gitarzysta/wokalista) James Hetfield i (gitarzysta) Kirk Hammett - są znów jak dzieci. Żarty zaczynają fruwać, a oni jammują UFO albo Iron Maiden i zaczynają opowiadać sobie historie. Możesz być w tym multi- milionowym kompleksie ale to sprowadza się do zabawy. TP: To jedna z pięknych rzeczy związanych z byciem w zespole muzycznym albo w profesjonalnej drużynie sportowej - przedłużone dorastanie. R: To prawda, ale z pieniędzmi i biznesem czasami rzeczy się zmieniają. Są zespoły, które istnieją bardzo długo i dochodzi do punktu, w którym nowa muzyką nie jest już tak istotna, koncertowanie jest oparte na tym, co zdarzyło się w przeszłości. Z Metalliką nie ma niedoboru kreatywnej energii czy pomysłów. Jeżeli już, to jest odwrotnie - jest za dużo pomysłów, co jest dużym problemem. Ludzi obchodzi to, jak brzmi nowy album; to wciąż się dzieje. I nikt się nie wypalił, gdy doszliśmy do końca nagrywania. Ten nowy album jest jak pole startowe - jesteśmy podekscytowani pisaniem więcej na kolejną rundę. TP: Podczas twojej pierwszej trasy z Metalliką, zespół nie grał nic z „St. Anger”, wtedy aktualnego albumu. Na tej trasie gracie dużo z „Death Magnetic”, z czego można wywnioskować, że zespół jest o wiele szczęśliwszy z tym albumem niż z „St. Anger.” R: Zasadniczo materiał na „Death Magnetic” był pisany z zamiarem, że będziemy go grać na żywo. Jedną z rzeczy, które Rick Rubin nam podkreślał, było „Stwórzcie ponownie ten głód. Spróbujcie i połączcie piosenki tak, jak wyobrażacie sobie granie ich przed publicznością. Miejcie takie nastawienie i taki stan umysłu, jakbyście znów starali się podpisać kontrakt na płytę.” Te utwory są całkiem długie i z pewnością są momenty dosyć techniczne. Ale grunt to to, że mają żywe brzmienie. Nagrywaliśmy je stojąc, jakbyśmy występowali. Nie używaliśmy nagranej ścieżki tempa zamiast perkusji, po prostu poszliśmy na żywioł. Więc masz te złożone aranżacje, ale zasadniczo my je zagraliśmy jak na scenie [performed]. A piosenki muszą mieć groove. Musisz mieć ten element groove, gdy chcesz spróbować zagrać te numery. Z drugiej strony utwory na „St. Anger” nie były nagrywane w ten sposób. Były edytowane i formatowane na komputerze. To wielka różnica. Dlatego dopracowaliśmy cztery piosenki i skończyliśmy na graniu jednej czy dwóch z nich, jako trwałej bazy. Dopracowaliśmy osiem piosenek z „Death Magnetic” i gramy cztery albo pięć. TP: Jedną z moich osobistych zasad w muzyce pop jest „Nigdy nie bądź przeciwko Rickowi Rubinowi.” Jeżeli jest zaangażowany w jakiś projekt, to prawdopodobnie będzie to coś solidnego. R: Rick jest z pewnością odpowiedzialny za ponowne połączenie Metalliki z klimatem thrashowych riffów. To wyglądało, jakby Metallica odchodziła od wczesnych lat i wykonywała, nie chcę powiedzieć zupełnie różne style, ale coś w tym rodzaju - masz „St. Anger”, „S&M”, „Load” i „Reload”. Świetne płyty, ale bardzo różne. „Death Magnetic” to pierwszy raz od bardzo długiego czasu, gdy zespół zaakceptował ten proces twórczy ze starych lat. Lecz ponownie, jest w tym wciąż coś odmiennego. Są elementy thrashowe, ale dzieje się trochę więcej w sekcji rytmicznej. Możemy nawet rozbudować to bardziej. TP: Jaki był twój wkład w proces pisania? R: Byłem tam każdego dnia, gdy pisaliśmy i aranżowaliśmy piosenki. To nie był zamknięty sklep, w sposób jak to było we wcześniejszych latach, gdy padało: „OK, daj nam swoją kasetę z pomysłami i do zobaczenia za sześć miesięcy.” Wszystkie te pomysły, które słyszysz na „Death Magnetic” to riffy i groovy, które fizycznie wyjammowaliśmy, potem złączyliśmy, zmiksowaliśmy i dopasowaliśmy. Na przykład piosenka „Cyanide”. Jest moment, w którym Lars i ja jesteśmy połączeni, gramy jak jeden. To było pod natchnieniem… poszliśmy wcześniejszego wieczora zobaczyć Cult i zagłębialiśmy się w ich stary materiał. James zaczął grać ten riff z „Cyanide” a my natychmiast zamknęliśmy się razem w tym wzorze. To dla mnie ważne, że Lars i ja trzymamy się ustawienia bardziej jako zespół, dla połączenia basu i perkusji. To będzie naprawdę ważne do tego, co będziemy robić w przyszłości. To jeden z elementów, który dla mnie jako basisty, sprawia bycie w Metallice ekscytującym. Metallica jest bardzo inspirująca. Raz brałem lekcje gry flamenco. Pokazałem chłopakom trochę tego, czego się nauczyłem. Niektóre z tamtych gam i prób faktycznie pojawiają się w tych piosenkach. Oni [reszta zespołu] ekscytują się muzycznymi pomysłami, które pochodzą z różnych miejsc. Obojętnie czy pochodzą za średniej klasy zespołu jak Cult, czy z gamy flamenco - w ostatecznym rozrachunku to wszystko jest muzyką. TP: Czy byłeś fanem wczesnych płyt Metalliki? R: Jak najbardziej. Kiedyś miałem zwyczaj biegać w górach, przy lecącym w walkmanie „Ride the Lightning”. Byłem głęboko przywiązany do pierwszych trzech albumów. Potem straciłem kontakt na lata, nie dlatego, że nie lubiłem Metalliki albo mi nie zależało, ale przez własną karierę, nagrywanie, pisanie i bycie w trasach, straciłem kontakt [z muzyką Metalliki]. Kiedy grałem w Suicidal Tendencies, byliśmy w trasie z Metalliką w 1993 i w 1994 roku. Aż tu nagle jest rok 2003 i widzę chłopaków po raz pierwszy od tamtego czasu, nie słyszawszy właściwie wiele, co się działo z [ich] muzyką od „Black Albumu”. Kocham wszystko, co zrobiła Metallica. (Ale) jako basista i artysta, naprawdę lubię grać stary materiał. I oczywiście lubię grać materiał z nowego albumu, ponieważ czuję, że jest częścią mnie. Są chwile, gdy [chłopaki z zespołu] pytają mnie, jakie są nuty i to jest miłe uczucie. Mniej więcej w tym samym czasie gdy tworzyliśmy tą muzykę, przygotowywaliśmy się do trasy na 20-lecie „Master of Puppets”. Nie to, żeby brzmiała jak „Master of Puppets” ale myślę, że trochę jego ducha przeniosło się do procesu tworzenia, pod względem aranżacji i łączenia projektu w całość. To było przypadkowe, ale czasem rzeczy dzieją się z jakiegoś powodu. TP: Znęcanie się, którego doświadczył twój poprzednik, Jason Newsted, kiedy dołączył do Metalliki, jest powszechnie znane. Czy Tobie było łatwiej? R: Kiedy dołączyłem [do zespołu] nie mieliśmy za wiele czasu. Wskoczenie na pokład było samo w sobie jak znęcanie - mój pierwszy występ odbył się w więzieniu San Quentin. Zaraz po tym, zrobiliśmy „MTV Icons” w Los Angeles, co było graniem szalonej mieszanki utworów, do których próby właściwie nie mieliśmy, przed milionami widzów na całym świecie. Kiedy jesteś pod taką presją to dla mnie jest to znęcanie. Przede mną był ogrom pracy… Naprawdę musiałem być skupiony jak chłopiec w bańce [as the boy in the buble] i nie martwić się, co zewnętrzny świat myśli o tej sytuacji, czy dobrze czy złe. Musiałem zanurkować w muzykę. Ale powiem tak. Miałem dwudniowe przesłuchanie. Pierwszy dzień to było przesiadywanie i obserwowanie, drugi dzień to rzeczywiste granie. Na koniec pierwszego dnia, Lars proponuje „Chodźmy wyrwać piwo i pogadać”, ja myślę: „Ten koleś może potencjalnie być moim szefem, lepiej się zgodzę.” Więc idziemy do baru i bierzemy parę drinków, jeszcze parę drinków, jeszcze parę drinków, jeszcze parę drinków i kończymy picie przed piątą rano. Możesz sobie wyobrazić jak się czułem, gdy faktycznie miałem grać. Prawie myślę, że on [Lars] mnie testował, by się przekonać, czy mogę być odpowiedzialny, pod względem tego, czy będę w stanie na drugi dzień stanąć i zagrać trochę wymagających utworów - jednym z nich był „Battery”, który jest całkiem skomplikowany fizycznie. Myślę o tym jak o procesie lekkiego znęcania, które Lars Viking na mnie uskutecznił. Zawsze, gdy widzę fragment, na którym gram „Battery” na „Some Kind of Monster”, kulę się ze strachu, bo wtedy czułem spory ból.
TP:
Metallica ostatnio pojawiła się na okładce Rolling Stone. Czy to
był twój pierwszy raz?
Źródło: overkill.pl |
