Sympatyczna dziennikarka z kalifornijskiego radia The Bone,
przeprowadziła luźną konwersację z Jamesem Hetfieldem, przed
koncertem zespołu w Oakland. Oto efekt rozmowy:
Nagrywacie
swoje koncerty i wasz inżynier Mike wrzuca je na stronę za pół
darmo. To znaczy, że koncert w San Diego też będzie w sieci?
Zapewne zaraz po zejściu ze sceny. Wszystkie koncerty pojawiają
się kolejnego dnia, możesz ściągnąć każdy gig, jeśli zechcesz,
poza tym z St. Louis....
Nie było tam fajnie?
Żartuję sobie, możecie ściągać, ale mój głos był wtedy okropny.
Miałem problemy z gardłem. To może być gratka dla kolekcjonerów,
nie wiem czy to nie najgorszy koncert jaki w życiu zagrałem. Tak
to wygląda, jeśli Lars złamie palec, to nie zagra. Jeśli moje
gardło jest chore wniosek jest prosty ‘idź grać!’.
(...) Wrzucanie koncertów to naturalna kontynuacja naszych dążeń
sprzed internetowego boomu, gdy mieliśmy dział ‘Taper’s Section’
na stronie. Utopiliśmy rynek bootlegów, kiedy pełno było ludzi
handlujących słabej jakości nagraniami ludzi. Możesz sobie
posłuchać pod prysznicem koncertu sprzed doby. Ja tego nie
robię, nie chcę tego znowu słuchać, dopiero co przebrnąłem przez
ten koncert (śmiech).
Jeśli chodzi o fan club, to Internet jest najlepszym wynalazkiem
jaki mógł się nam zdarzyć, w kwestii komunikacji.
(...) Lars musi wiedzieć wszystko, Lars chce znać opinie ludzi,
czyta komentarze na nasz temat. Kirk dla odmiany jest pozytywnie
wyluzowany, ignoruje wszelkie docinki i opinie.
Setlisty zmieniają się z biegiem trasy. Jest to działanie
naturalne ‘hej, zmieńmy tę piosenkę’, czy na potrzeby
umieszczania gigów w sieci?
Jedno i drugie po trochu. Przede wszystkim robimy te zmiany dla
siebie samych, abyśmy wciąż pozostawali podekscytowani. Aby się
nie zamęczyć tym samym setem. Fajnie jest zagrać nową piosenkę,
piosenkę na którą naprawdę masz ochotę. Setlista musi być dobrze
ułożona, musimy wiedzieć co gramy następne, aby jeszcze lepiej
się sprawdzić, aby nasza obsługa techniczna wiedziała, kiedy
odpalić efekty pirotechniczne. Mamy kilka miejsc na rotacje, aby
podtrzymywać podekscytowanie. Zwłaszcza gdy gramy dwa koncerty
pod rząd w jednym mieście.
Gracie teraz w Bay Area, to wyjątkowe uczucie?
Zdecydowanie. Świetnie jest grać w swojej okolicy, bo nie dość,
że czujemy się swojsko, to możemy po ludzku wstać rano i samemu
podwieźć się autem na koncert, potem wrócić do domu. (...)
Staram się być normalnym tatą, a potem grać koncert. Wszyscy
stoimy w tej chwili na jednej płaszczyźnie, Rob ma dwójkę, Kirk
dwójkę, Lars troje i ja troje. Dzisiaj byłem na występie mojej
córki. Wiesz, ja wpadam na jej show, ona wpada na mój show
(śmiech).
Czy nie uważacie, że gdyby wcześniej wprowadzić zwyczaj grania
tygodniowych tras i wracania do domu na tydzień,
zaoszczędzilibyście na psychoterapii? Nie współpracujecie już z
nim?Nie, nie siedzi na gorącej linii,
nie ma go na liście płac, czy cokolwiek w tym stylu. W tamtym
czasie potrzebowaliśmy go i cokolwiek ludzie nie powiedzą,
pomógł nam znowu być ze sobą. Potrzebowaliśmy go aby znaleźć
zloty środek, wcześniej byliśmy chodzącymi ekstremami.
Siedzieliśmy i gadaliśmy o tych naszych ludzkich , codziennych
sprawach. Wiesz, to jak małżeństwo, albo nawet gorzej... Nie
czuliśmy się ze sobą bezpiecznie, wiedzieliśmy, że ładunek w
każdej chwili może eksplodować. To co działo się przed filmem to
jedno ekstremum, to co widzicie na filmie - to drugie ekstremum.
W tej chwili jesteśmy gdzieś po środku. Gdyby nie ta praca, nie
sądzę abyśmy mogli nagrać tą świetną płytę (Death Magnetic).
Granie w obecnym stylu, z tygodniowymi przerwami trzyma nas z
dala od siebie i pozwala nam złapać harmonię. Latem zabieramy
dzieciaki na trasę do Europy, moje dzieci będą miały więcej
wpisów w paszportach niż ja jako dziecko.
Trasa potrwa 2 lata, kiedy pojawi się czas na nowy album?
Piszemy materiał. W jam-roomie powstają nowe riffy. Tak jak
materiał na Death Magnetic powstawał na trasie St.Anger.
Wszystko nagrywamy na tej magicznej maszynie (wskazuje
komputer), w większości nie jest to warte przesłuchania, ale
zawsze znajdzie się w tym jeden błyszczący okaz. Jeden dobry
riff.
(...)
Death Magnetic powstawał na wszelkie możliwe sposoby. Jedne
fragmenty są ze starych taśm z trasy St.Anger, inne
przynosiliśmy na próby, bo akurat wpadły nam w ucho. Robert
przyniósł naprawdę sporo dobrego materiału, który adaptował się
w zespole. Riff z ‘All Nightmare Long’, ten z refrenu pochodzi
jeszcze z sesji St.Anger, z materiału Presidio, którego nie
wykorzystaliśmy na płycie. Na Death Magnetic jest tak wiele
riffów, ponieważ podbieraliśmy je z innych napisanych na
potrzeby albumu piosenek. Po prostu nie mogliśmy dopuścić, aby
ich nie było na płycie.