MEGAWYWIAD z Robertem, część 1
24.02.2009
Poniżej pierwsza część MEGA wywiadu
przeprowadzonego z Robertem Trujillo przez Jeffa Ho dla magazynu
Juice.
Wywiad przetłumaczyła
Morgoth.
Metallica -
Robert Trujillo
Dorastał na Zachodnim Wybrzeżu (LA), gdzie ludzie zabijali się
nawzajem za życie pod złym kodem pocztowym, Robert pozostał
skupiony na rodzinie i muzyce. Jest jednym z najlepszych
gitarzystów basowych. Ciężkie granie kopiące dupę jest w jego
stylu. Skupia się głównie na Metallice, która jest jego
najwyższym priorytetem. Surfowanie jest jedną z jego pasji.
Powiada, że surfowanie i muzyka idą ze sobą w parze. OTO ROBERT
TRUJILLO.

Jeff Ho [JH]: W
jakim sąsiedztwie dorastałeś?
Robert Trujillo [RT]: Moja
matka i ja zawsze żyliśmy w Mar Vista. Urodziłem się w szpitalu
pod wezwaniem św. Jana w Santa Monica. Moja mama zerwała z tatą
jak miałem 5 lat, więc mój tato wyprowadził się do Venice. Ja z
mamą zostałem w Mar Vista. To było dziwne, pod tym względem, że
chodziłem do Venice High, a w późniejszych latach przepisałem
się do Culver High, to była 11. klasa. Kończyłem więc Culver
High. Jeszcze wcześniej krótko uczęszczałem do Palms Junior High
i Culver Junior. To był dla mnie dziwny okres przejściowy, życie
pomiędzy rodzicami. Kiedy jesteś w tym wieku co ja wtedy, kiedy
kłócisz się z mamą i przedstawiasz jej swoje argumenty, albo
złapie Cię policja za zrobienie czegoś głupiego, albo kończysz
żyjąc z ojcem. Działo się tak, kiedy jeździłem do Venice.
Dorastanie w Mar Vista było interesujące, bo miałem dużo
przyjaciół w Venice i Santa Monica. Grałem w drużynie
baseballowej w lidze Venice Marina. Wszyscy goście z mojej
drużyny siedzą teraz w więzieniach albo nie żyją. Wszyscy byli w
gangach. Z drugiej strony miałem także wielu kumpli w Culver
City. Znam wielu surferów i muzyków z Culver City. Dorastałem z
obu stron płotu, byłem z moim tatą w Venice i moją mamą w Mar
Viście. To było interesujące.
JH: Na pewno wiesz że Culver
City i Venice się nie dogadują.
RT: Czasem nawet się zabijali.
Nie trawią się wzajemnie. Z rodziny ze strony mojej mamy miałem
kuzynów z Culver City i Venice. Moja dziewczyna z tamtych czasów
była z Venice. W końcowych latach uczęszczania do szkoły
średniej moja dziewczyna chodziła do Santa Monica High.
Poszedłem z nią na imprezę szkolną. Wtedy w 1982 albo 83 Robert
Downey Jr. dobierał się do niej. Musiałem z nim rywalizować,
także z Emilio Estevezem, Robem Lowe i Lennym Kravitzem. bo oni
wszyscy chodzili do Santa Monica High. W 1983 grałem w zespole,
który składał się z przeróżnych muzyków Zachodniego Wybrzeża, z
Venice, Culver City i Santa Monica. Gitarzysta prowadzący, Tod
Moyer, przepisał się do Culver City High. Perkusista chodził do
Venice High. Nasz wokalista, Dale Henderson był z zespołu, który
nazywał się Beowulf, on był z Venice. Nasz zespół nazywał się
Oblivition. Dawaliśmy występy w każdym zakątku tych dwóch miast.
Organizowaliśmy imprezy w Venice, koncertowaliśmy w Santa Monica,
a w Culver City imprezowaliśmy.
JH: Czy zdarzały się jakieś
przykre sytuacje na tych zabawach?
RT: Kiedy graliśmy w Venice
byli tam mieszkańcy tego miasta, no i było ok. Kiedy graliśmy w
Culver City na koncercie byli ludzie z Culver City. Właściwie
nie były to jakieś trudne sytuacje. Graliśmy dla surferów i
ćpunów. Nie ważne gdzie graliśmy, zawsze dawaliśmy występy tym
samym ludziom. Byliśmy jak Szwajcaria, neutralni, gdziekolwiek
zespół pojechał. Uważam, że to było całkiem w porządku.
Gdziekolwiek nie poszedłem na plażę, łowiłem zawsze najlepsze
fale. Włóczyłem się i surfowałem z takimi ludźmi jak Jesse
Martinez. Był pierwszym gościem, którego widziałem jak surfował
i trząsł się z zimna w swoich kąpielówkach w środku zimy, bo
fale były dobre, to było w 1978. Po prostu się oklepywał, żeby
mu był cieplej i surfował dalej. Pomyślałem sobie "Ten gość
jest szalony." Był zadziwiający. Spotykałem wielu ludzi tego
typu w czasie mojego życia. Patrząc z innego punktu widzenia, w
Culver City i Venice było wielu punków i trochę zadziwiających
muzyków. Żył tam gość, który się nazywał Danny Tunick, był
jednym z najlepszych paukerów w okolicy. Wiele z nim jammowałem.
Utknąłem pośrodku tego wszystkiego. Byłem rozdarty między Venice,
Santa Monica, Mar Vista i Culver City. To było szalone.
JH: Jak poznałeś Mike'a Muira?
RT: Kiedyś zdarzało mi się grac
w kafejce jazzowej nazywanej Comeback Inn. Była w West
Washington, teraz nazywanym Abbott Kinney. Dawnymi czasy
Comeback Inn organizowała występy w plenerze. Wtedy to nowe
czasy wtargnęły do mojego życia. Mieli tam wiele zespołów
łączących jazz z innymi stylami. Chciałem tam pracować, więc
trzymałem się z gorącymi, zadziwiającymi muzykami jazzowymi.
Blisko Comeback Inn był sklep dla surferów i bracia Muir żyli na
przeciwko w jakiejś takiej starej pagodzie albo "dyni". Mike
Muir i jego kumple ustawiali nagłośnienie na patio w Comeback
Inn, gdzie scena była na podwyższeniu a wszystkie nowe zespoły
nowej fali na niej grały. Raz puścili punk rocka na tym
sprzęcie. Mój szef strasznie się wkurzył z tego powodu. Zaczął
na nich krzyczeć żeby to wyłączyli. Oni w odwecie zaczęli ryczeć
przez nagłośnienie "Will jest pedałem!" To było moje
pierwsze spotkanie z Muirem. Inne spotkanie miało miejsce na
jednej z imprez w Venice we wczesnych latach '80. Pamiętam go i
jego kumpli, którzy przyszli razem z nim. Nic nie robili tylko
niszczyli całą imprezę. Rządzili wtedy na tej zabawie. Po prostu
rozwalili całą imprezę i wszystkich odstraszyli. To były moje
wczesne spotkania z Muirem i jego łobuzerską hałastrą na
początku lat '80.
JH: Jak byłeś w wieku szkolnym
uczyłeś się muzyki albo brałeś lekcje gry?
RT: Taaaaaaa. Kiedy byłem w
Venice High grałem w zespole jazzowym. Mieli tam całkiem niezłe
kawałki. Ogólnie w Venice było o wiele więcej muzyków niż w
Culver City. Więc zagościłem tam jakiś czas. Potem przeniosłem
się do Culver High, więc grałem w tamtejszym zespole jazzowym.
Pamiętam granie do "Rocky" i inne chałowe rzeczy. Po tym zdałem
szkołę średnią, pracowałem na budowach, jako konduktor w
autobusie, przy roznoszeniu towaru w spożywczaku i tak dalej,
wtedy też zacząłem uczęszczać do szkoły jazzowej w północnym
Hollywood. Była tam szkoła muzyczna imienia Dicka Gove'a. To
była szkoła kładąca duży nacisk na technikę. Uczyli teorii
muzyki i wielu innych nudnych rzeczy, którymi się wtedy nie
interesowałem. Po prostu chciałem jammować. Wielkim plusem tej
szkoły było to, że mieli muzyków z całego świata. Z niektórymi z
nich ciągle jestem w kontakcie. Kilkoro z nich było naprawdę
świetnych. Miałem możliwość jammowania z ziomami [cats] z
Londynu i Francji, no i gośćmi z całego U.S. Bardzo mnie to
inspirowało. Wtedy jammowało się na tematy rocka i funky. Bardzo
to zalatywało Jimim Hendrixem. Ja sam szedłem w soul i R&B.
Grałem w kilku zespołach tylko po to żeby się napocić. Miałem
też kontakt z zespołami, które były bardziej z nurtu hard rocka.
Kiedy mam na myśli hard rock mam na myśli coś w stylu
Bachman-Turner Overdrive. Byłem w zespole z Jamie Segal. Była
jedną z zadziwiających wokalistek z tamtych okolic. Grałem w
zespole Eclipse z Jamie na wokalach. W tamtym czasie grałem też
w wielu innych młodych zespołach. Grałem w czterech albo pięciu
różnych projektach próbując to wszystko absorbować. Po kilku
latach tej harówki w końcu doszedłem do wniosku, że nieźle się
napociłem a muzycznie zatoczyłem koło, nawet mimo, że grałem na
żywo, nie uczyłem się przez to. Osiągnąłem limit. Chciałem przez
to przejść. To jest problem z wieloma muzykami od Venice po West
Side. Wiele z tych ziomów pozostało w bezpiecznej strefie. Nie
angażowali się w wiele projektów. Byli zadowoleni grając w
lokalnych zespołach.
JH: Chciałeś iść do przodu?
RT: Taaaaa, chciałem grać w
Europie i innych takich. W tamtym okresie granie w zespole spoza
Zachodniego Wybrzeża było traktowane prawie tak jak wycieczka do
Europy. Znalezienie motywacji i wychylenie nosa ze strefy
bezpieczeństwa było wyzwaniem samym w sobie, ale się go
podjąłem. Zacząłem udzielać się w zespołach z Long Beach,
Północnego Hollywood i innych scen tego typu.
JH: Czyli po prostu się do nich
doczepiłeś? Czy to podziałało?
RT: Cóż, wtedy działała Music
Connection. Mogłeś iść na przesłuchanie i w ten spósób zaczepić
innych muzyków. Przez takie działania miałem możliwość grania w
Roxy i Whisky, ale rzeczy, które grałem niespecjalnie mi
przypadały do gustu.
JH: Chciałeś się po prostu z
stamtąd wyrwać.
RT: Taaaaa, chciałem zwiedzić
inne miejsca. Wtedy myślałem, że da mi to jakąś inspirację. A
potem mnie to zmęczyło. Kiedy ukończyłem szkołę muzyczną
zdecydowałem podejść do grania bardziej na serio i zacząłem grać
z ziomami, którzy byli ode mnie znacznie lepsi. Szukałem ludzi,
których podziwiałem, albo uważałem za wspaniałych graczy.
Chciałem się czegoś od nich nauczyć. W tamtym okresie miałem
kontakt z Wymanem Brownem z Detroit, grał na klawiszach dla
wokalistki funkowej i R&B Teeny Marie. Teena Marie miała wtedy
wszystkie 10 hitów z wczesnych lat '80. Była z Venice. Wyman był
super gościem. Nie wiem czemu poświęcał swój czas na mój godny
pożałowania basowy tyłek, ale był w porządku. Ludzie tacy jak
Wyman nauczyli mnie wiele o R&B i bluesie. To nie tak, że
skupiałem się na jednym nurcie, na przykład metalu, rocku albo
punku. Odkrywałem rzeczy typu R&B. Trochę też mnie znosiło w
tamta stronę. Wyman był o niebo lepszy ode mnie, więc mogłem się
od niego uczyć.
JH: Czy byli jacyś inni lokalni
muzycy, którzy mieli na Ciebie wpływ?
RT: Był tam ziom o imieniu
Chris Gaitors z Santa Monica. Dużo pracował z Tonym Lemansem.
Cris robił wiele różnych występów. Był jednym z tych
zaskakujących muzyków. Był tak dobry... ale nie chciał jeździć w
trasy. Nie chciał niczego zostawić za sobą. Przypomina mi to
świetnego surfera, Kellego Slatera, był szczęśliwy tym, że wolny
czas może wypełnić surfowaniem na sąsiedniej plaży. Chris
Gaitors nauczył mnie cholernie dużo o moim instrumencie i
ogólnie o muzyce.
Następna część będzie o początkach z Suicidalami.
Źródło:
overkill.pl |